Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Rokendrolowe cover story
Witam Was moi kochani. Na początek mego wywodu, chciałbym bardzo przeprosić, szacowną społeczność Zacieru, za tak długą nieobecność na forum. Choć jak sądzę istnieje również grupa, która z tego faktu była niezmiernie zadowolona. Nie zważając jednak na protesty tej drugiej części zacierowej gawiedzi, chciałbym podjąć kolejny interesujący mnie wątek. W czasach, kiedy muzyka pop coraz agresywniej wdziera nam się do uszu, oczu a nawet w okolice krocza (patrz teledyski na Viva), zastanawiam się, co jest dzwignią karier tych wszystkich pseudo-artystów, idealnie wyrzeźbionych fizycznie, choć zupełnie pozbawionych moim zdaniem talentu. Obserwując to z boku, stwierdziłem, że najłatwiej się przebić z coverem, kiedy to do właściwego i rozpoznawalnego motywu melodycznego, dodamy nieco współczesnego bitu i prostacki tekst(nie prosty a to robi wielką różnicę. Analiza tego problemu nie jest przedmiotem moich teraźniejszych dociekań. Otóż, jeśli cofniemy się w czasie nieco do tyłu, odkryjemy, iż covery(dla niewtajemniczonych- przeróbki utworów innych artystów) były bardzo często lepsze od oryginałów, mało tego windowały artystów na szczyty list przebojów, co nie stało się faktem w przypadku oryginalnych wykonawców. Nie wszyscy na przykład wiedzą, iż wielki, megastadionowy zespół z Irlandii- U2, grał na swoich pierwszych koncertach klasyki zespołów punkowych, a pierwszą EP-kę nagrali ponoć dlatego iż powiedzieli przedstawicielowi zainteresowanej wytwórni, iż dwa utwory The Ramones, które wówczas wykonali i które bardzo mu się spodobały, są ich kompozycjami. W tym biznesie trzeba być cwanym. Głowę nie od parady ma rudowłosy awanturnik Dave Mustaine z kultowego już dziś Megadeth. Pierwszym przebojem tej grupy, który dostał się na szczyty notowań Bilboardu, była właśnie przeróbka kolejnej legendy punk rocka z Wysp brytyjskich, Sex Pistols. W swojej wersji „Anarchy in the UK” metalowi herosi trochę przyspieszyli, dodali bardziej melodyjne gitary, harmonie wokalne, no i zaprosili członka Pistolsów- Stevea Jonesa. To musiało zadziałać! Skoro mowa o Dave, nie sposób pominąć jego byłych kolegów z Metallicy. Uważam ostatnie lata ich działalności za mocno kontrowersyjne(moja subiektywna opinia), jednak to, co nagrali na swoich dwóch tzw. „garażowych” albumach to mistrzostwo świata. Pierwszy pod nieco przewrotnym tytułem”The 5.98 EP Garage days Re-revisited” to zbiór zaledwie 5 utworów, przeróbek ich ukochanych zespołów takich jak: Budgie, Diamond Head, Kiling Joke czy The Misfits. Zagrane z charakterystycznym dla tego zespołu zadziorem i pasją, stały się klasykami a wielu młodych ludzi właśnie dzięki temu wydawnictwu sięgnęło po albumy tych oryginalnych, nieco zapomnianych wykonawców. Dziesięć lat później powstała niejako kontynuacja tego materiału pod nazwą „Garage Inc.” Zawierała więcej przeróbek takich wykonawców jak np. Danzig, Mercyful Fate, ale największym hitem stał się utwór z repertuaru Thin Lizzy „Whiskey In The Jar”, grany do znudzenia w stacjach radiowych i telewizyjnych. Zabawna opowieść wiąże się również z wykonaniem piosenki sir Paula McCartneya, sławnego Beatlesa, przez bandę sławnych rockowców z Los Angeles – Guns N Roses. Utwór zatytułowany „Live and Let Die” był pierwotnie nagrany na potrzeby ścieżki dźwiękowej filmu pod tym samym tytułem z serii 007 James Bond. Tymczasem chłopaki na czele z nieprzewidywalnym Axl Rosem nagrali ten kawałek w 1991 roku, na swój podwójny album „Use Your Illusion”, na którym był jednym z najlepszych momentów. Z powodzeniem wykonywali go również na koncertach. Po jednym z takich koncertów w Londynie, młodociane wówczas córki Paula McCartneya, które były wielkimi fankami Gunsów,wróciły do domu by podzielić się ze sławnym ojcem wrażeniami z występu, najpopularniejszego w tym czasie zespołu świata. Zatroskany ojciec widząc wypieki na twarzach córek zapytał, który moment koncertu najbardziej im się podobał. LIVE AND LET DIE – odpowiedziały zgodnie. Ale zaraz dziewczyny!- skwitował ojciec – przecież to ja napisałem ten kawałek!JAAASNE! No co Ty nie powiesz! – tak młodsze pokolenie eks_Beatlesa skomentowało skądinąd słuszną uwagę ojca, który pozazdrościł trochę uwielbienia, jakim cieszyli się u jego dzieci rockowcy z Guns N Roses. No cóż zdarzają się i takie rzeczy. Młody narybek zawsze będzie uważał muzykę swoich rodziców, za przestarzałą. Kończąc temat przeróbek, które przerosły w swej popularności oryginały pozwólcie, że wspomnę kilka zasługujących moim skromnym zdaniem na uwagę. Niesamowity według mnie kawałek „Tainted Love”, oryginalnie nagrany przez Glorię Jones (kto o niej słyszał?), wspaniale przywrócony w latach osiemdziesiątych przez popowy Soft Cell i wreszcie prowokacyjnie i ostro przypomniany przez Marylin Mansona ,już w nowym tysiącleciu. Utwór Davida Bowiego „The Man Who Sold The World” posiadający wspaniała melodię, po który z powodzeniem sięgnęli grungowcy z Nirvany, wykonując go na kultowym już MTV Unplugged. O genialnych wykonaniach „Easy”(org. Lionel Richie) przez Faith No More, „Nothing Compares 2 U”(org.Prince) Sinead O’Connor, czy najwspanialszej na świecie interpretacji „Hallelujah” Leonarda Cohena (nieodżałowany Jeff Buckley) nie wspomnę....Można by tak bez końca, ale w tym przypadku chodzi mi jedynie o uświadomienie szanownym czytelnikom, iż wkładając w przerabiany utwór trochę serca, nieco pracy a przede wszystkim odrobinę własnego stylu, można wznieść na wyższy poziom nawet najgenialniejszą kompozycję. No chyba, że mamy pod ręka Protoolsy, trochę bajerów, zgrabne dziewczęta......No ja bym tak chciał. Jako że nie mam,udaje malkontenta i narzekam na jakość współczesnego rocka i popu. Narzekanie mam we krwi. To tyle, nie osądzajcie zbyt surowo strof powyższych, możliwe że autor wyszedł z wprawy, obiecuje poprawę i na pewno lepsze tematy, ten był zapełniaczem – Redakcja za mało płaci
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Rock n roll nowej ery
Otóż wyobraźcie sobie następujące zdarzenie…Ja, czyli człowiek nie pierwszej już młodości dostaje do ręki płytę. Dla starego wyjadacza wychowanego na Slayerach i innych Sodomach okładka przedstawia się standartowo. Czarna koperta, na niej wymalowany duży zwalisty krzyż i logo do złudzenia przypominające stare heavymetalowe kapele. Gdyby nie to, że krzyż ów był jak kościół nakazał -, czyli wznoszący się w odpowiednia stronę, pomyślałbym o pewnym pięknym kraju z fiordami i jego dumnymi przedstawicielami, którzy nie wiedzieć czemu ogrzewają domy podpalając świątynie....
Nawet nazwa zespołu i tytuły utworów podpowiadały memu zdezorientowanemu umysłowi, ze oto mam do czynienia, z kolejnym zastępem groźnych chłopców z gitarami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy nadeszła chwila zetknięcia się igły gramofonu z czarnym jak smoła winylem.....Przecież to elektronika! Żadnych kanonad perkusyjnych, rzężących gitar i wrzeszczących facetów? Tak, to tylko dwóch DJ- ów z Francji, którzy nazwali swój zespól – Justice. Zanim jednak naczelny wyrzuci z hukiem moje felietony z szacownych łamów Zacieru, proszę o wysłuchanie mojej opinii o tym, co na owym albumie usłyszałem..... Postawmy sobie na początek pytanie, za co kochamy zespoły rockowe? Podpowiem. Za motoryczną, napędzającą cały kawałek perkusję. Plus dla Justice. Bębny to co prawda samplowane próbki, ale rytmika jest tak mocna i zarazem niebanalna, iż chciałbym zobaczyć niejednego rockowego bebniarza wygrywającego taki puls. Rock to również mocny pulsujący bas. Zgadza się. Nasi bohaterowie bardzo sprytnie korzystają ze sprawdzonych gotowych próbek niskich częstotliwości, jak i sami potrafią cos na nim zagrać, co daje całości naprawdę potężnego kopa. Dodatkową siłę rażenia zapewniają zniekształcone brzmienia gitar i instrumentów klawiszowych, co daje efekt nieco przychodeliczny, ale nie męczący, jak to dzieje się u wielu wykonawców techno. W niektórych utworach wykorzystano linie wokalne innych wykonawców. Ktoś powie: O typowi DJ –e , znów kradną! A ja twierdzę w takim razie, niech kradną.....Efekt w tym przypadku jest piorunujący. Kochamy rocka za melodyjność, solówki instrumentalne, za inteligentne łączenie się z innymi gatunkami muzyki. Czy płyta Justice zawiera te elementy? Tak. Największy przebój z tej płyty D.A.N.C.E, zawiera wszystkie te elementy i moim skromnym zdaniem gdyby Michael Jackson jakimś cudem się zmaterializował i wrócił do dawnej formy kompozytorskiej, tak właśnie brzmiałaby jego muzyka. Może bardziej popowo, ale właśnie tak...W tej muzyce jest wszystko, rockowy riff, funkowy bas, potężny rytm boogie. I muszę przyznać ze słuchając nowej generacji zespołów rockowych, zwłaszcza tych z Wysp brytyjskich, mam wrażenie, że nie maja one pojęcia, czym jest esencja tej muzyki, czyli jej bunt i zadziorność, swoista niedbałość o szczegóły a nawet brzydota. Czy Keith Richards jest piękny? Nie! Ale stworzył Satisfaction i Sympathy for the Devil i nadal ma tego zadziora w oczach. Justice są brzydcy, noszą wąsy, skóry, koszulki Def Leppard i Judas Priest, na koncertach grają ze wzmacniaczy Marshalla, grają też covery Metallicy, piją, robią burdy i deprawują młode dziewczyny. Ale nie to czyni ich rokendrolowcami przyszłości. Inteligentne czerpanie z tego co już było, ze sporą dawka nowych rozwiązań technologicznych dało tym facetom narzędzie, które stwierdzam subiektywnie powala.......Do tej pory jako zwolennik typowej tzw. żywej muzyki, takich wynalazków unikałem(no może z wyjątkiem Chemical Brothers i Apollo 440) ale w dobie obecnego rockowego kryzysu światowego, świadomie się ową sztuka onanizuje. I nie będę tu buńczucznie twierdził że jest to muzyka dla każdego – bo nie jest! Natomiast uważny słuchacz, który zna zarówno historie muzyki rozrywkowej, jak i nieobce są mu nowinki nowobrzmieniowe, dźwięki owe po jakimś czasie doceni. Świadomie mówię – po jakimś czasie, bowiem również mnie nie wszystkie kompozycje od razu przekonały. Rockendrol przyszłości być może jest w rękach tych panów. A wszystkim nieprzekonanym do moich dywagacji, mówię: chcecie prawdziwego rokendrola? Posłuchajcie starego dobrego Motorhead, poczciwych Rolling Stonesów, rubasznych AC/DC czy nieco wieśniackich ZZ Top. Oni nadal żyją, jeżdżą w trasy, nagrywają albumy...Nie lubisz ich nowych płyt, uważasz że są za starzy? Ciesz się nimi póki są.....Grozą napawa mnie fakt, że jeśli odejdą zabiorą ze sobą do grobu tajemnicę rockendrolla.
Pozdrawiam, wszystkiego dobrego.
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Rockendrolowe konta
Pisywałem już na tutejszych łamach jak w muzyce robi się kariery, zyskuje bądź traci przyjaciół, jak przełamuje się bariery i schematy, lub czego nie robi się dla tych pięciu minut sławy....A co się dzieje z artystami, którym się w końcu udaje, istnieją w mediach, ich twórczość dociera pod strzechy ,a na ich konta spływają nieprzerwanie spore ilości pieniędzy. Oczywiście po szybkim zastanowieniu, wszyscy zgodnie przyznamy, że im po prostu odbija i jakkolwiek wielu muzyków, poprzez swoje zachowanie potwierdza tę opinię, ja skupię się w tym temacie na artystach, którzy moim zdaniem unieśli ciężar sławy i bogactwa. Nie chodzi tu oczywiście o rozdawanie forsy wszystkim potrzebującym czy pozowanie przez pół dnia,do zdjęć dla wyczekujących pod hotelem fanów. Mnie wystarcza to, że artysta trzymający wysoki poziom artystyczny, potrafi zdobyć się na naprawdę sympatyczny gest...
Na początek przykład i antyprzyklad. W 1983 roku Michael Jackson, już wtedy gwiazda pop, nagrywa wraz z mega producentem Quincy Jonesem i stajnią doborowych muzyków sesyjnych, nowy album(Thriller), który już niebawem stanie się najlepiej sprzedającym albumem wszechczasów. Mają jednak problem, bowiem w jednym swoich przebojów(Beat It), brakuje im solówki gitarowej. Kilku gitarzystów odmówiło, wielu zawiodło, aż wreszcie wytwórnia zdobyła numer do najsławniejszego wymiatacza ówczesnego hardrockowego światka – Eddiego Van Halena. Zamerykanizowany Holender, konstruktor gitar, posiadający niewiarygodny warsztat i wyobraźnię muzyk, dostał na dzień dobry obietnice 300 tys. dolarów za jedną genialna solówkę! Ten przesympatyczny gitarzysta wpadł więc pewnego dnia do studia i z uśmiechem na ustach wygenerował taką solówkę, że przypuszczalnie właśnie wtedy Michale Jackson, podjął decyzję o tym, że chce być biały...Po co? Żeby być jak Eddie!! Po fakcie sam Michael stwierdził , że owe kilkanaście nut warte jest pół miliona, ponoć czek był już wystawiony, ale sam Eddie, kiedy posłuchał całości, stwierdził, iż solówka owa, nie umywa się do samego utworu i on nic za to nie weźmie, gdyż jak dodał: „Od kumpli kasy nie biorę”...Nie muszę dodawać, że solówka tego pana stała się elementem wzorcowym dla wielu pokoleń gitarzystów(powinna być umieszczona razem z metrem i kilogramem w Sevre, pod Paryżem). Nie wiem oczywiście czy sumy przeze mnie przytaczane są realne, ale trudno odmówić sympatii dla faceta, który ma taki gest, zwłaszcza kiedy jego własna kariera dopiero się rozkręcała....A co można powiedzieć o facecie, który posiada już miliony na koncie, był w sławnym bendzie, świetnie mu idzie kariera solowa a wciąż jest nienasycony? Jest rok 1985, Sting, bo o nim tu mowa, został poproszony przez Marka Knopflera z zespołu Dire Streits o dogranie partii wokalnych w najbardziej przebojowym ich utworze z nowej płyty a był nim „Money for Nothing”. Ten uczynił to oczywiście w bardzo profesjonalny sposób, po czym panowie podali sobie ręce i rozjechali się w swoje strony. Sytuacja zmieniła się, kiedy to wspomniany utwór zaczął królować na światowych listach przebojów...Widocznie Sting początkowo nie wierzył w sukces owej piosenki, nie żądając nic za pomoc. Nadrobił ten błąd rok później, wysuwając poprzez managera, żądanie do Dire Straits, aby dołączono go jako współautora tego utworu. Knopfler jako bezkonfliktowy człowiek, przystał na to, bowiem, rzeczywiście dwie linijki tekstu wymyślił w trudzie i znoju pan Sting. Jak dla mnie kuriozalna sytuacja i jakkolwiek szanuję Stinga jako muzyka, tak jako człowiek jawi mi się trochę gorzej i nie przysłonią mi tego wizerunku jakieś pokazowe akcje charytatywne.....Dwie legendarne już brytyjskie formacje Genesis i Iron Maiden, także zasługują swoim postępowaniem na wzmiankę. Tym razem chodzi o wspomożenie, swoich byłych członków w trudnych sytuacjach życiowych. Na początku 1982 roku Peter Gabriel, były wokalista Genesis(odszedł w 1975roku) wpadł na pomysł zorganizowania kilkudniowego festiwalu muzyki świata o nazwie WOMAD. Rzeczywiście festiwal doszedł do skutku i był ogromnym wydarzeniem artystycznym, niestety nie komercyjnym. Z powodu rezygnacji kilku sponsorów i ogólnie słabszej niż się spodziewano, frekwencji publiczności, impreza pozostawiła organizatorom dług w wysokości około 200 tysięcy funtów. Oczywiście głównym wierzycielem został Gabriel, choć jego ówczesne dochody nie mogły pokryć całej sumy. W tej sytuacji byli koledzy z zespołu postanowili wspomóc dawnego wokalistę oferując, wspólny występ na polach Milton Keynes, mając nadzieję przyciągnąć zarówno tzw. starych fanów jak i zwolenników grupy w obecnym składzie z Philem Collinsem przy mikrofonie. Impreza jak przewidywano przyciągnęła tłumy(ok. 48 tys. ludzi) i pomimo paskudnej aury(wiadomo Albion) koncert był rewelacyjny a dorobek życia Petera Gabriela nie poszedł na szczęście pod młotek...Od tej pory zresztą muzycy wspierają się w swoich projektach muzycznych a ich kariery, pomimo upływu lat rozwijają się pomyślnie zarówno artystycznie, jak i finansowo. Upływ czasu i pokaźne konta bankowe nie zmieniły też sympatycznych Brytyjczyków z Iron Maiden. W 1983 roku rozstali się w niekoniecznie miłych okolicznościach ze swoim ówczesnym perkusistą Clivem Burr’em. Przez lata nie utrzymywali ze sobą kontaktu, chłopaki byli w ciągłej trasie a Clive zarabiał na życie jako kierowca taksówki. Prawie 20 lat później chłopaki dowiadują się, że ich były kolega poważnie zachorował, wykryto, bowiem u niego stwardnienie rozsiane, którego całkowite wyleczenie jest niemożliwe, a leczenie i rehabilitacja bardzo kosztowne. Bez chwili namysłu Steve Harris i koledzy wpadli na pomysł wydania okolicznościowego maxisingla zawierającego utwór Run to The Hills i dwa dodatkowe utwory, w których swój udział miał również były perkusista. Cała kasa ze sprzedaży poszła na konto Cliv’ea. No i pięknie! Mam nadzieje ze owe pieniądze pomagają wrócić temu wspaniałemu muzykowi do zdrowia. Także wszystkim bohaterom mojego felietonu chwała(oprócz Stinga) za właściwa postawę. Szczerością w tym temacie zabija jak zwykle nasz Lemmy Killmister, zapytany kiedyś, dlaczego wyrzucił z zespołu drugiego gitarzystę? Odpowiedz brzmiała: Mniej gęb do podziału! I tyle.... Jako że o pieniądzach za dużo nie można, przejdę do ciekawostki, która ostatnio mnie poruszyła, choć nie wiem czy pozytywnie, czy negatywnie....Pod koniec listopada ukazuje się ponoć(17 lat słyszałem takie zapowiedzi..) nowy, dłuuuugo oczekiwany album Guns N Roses, ktorego tytuł od kilkunastu lat brzmi tak samo – „Chinasee Demokracy”. Ja osobiście, uwierzę dopiero, kiedy będę trzymał ten krążek w ręku...Ponieważ zespół ten w przeszłości zrobił wiele dla muzyki rockowej dam mu szansę....i Wy proszę też mu dajcie.... Dużo łatwej forsy i rokendrolowego życia życzę...
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Rockendrolowy casting
Żyjemy w takich czasach a nie innych, codzienne życie jest teraz jednym wielkim castingiem, a człowiek chcący normalnie żyć i realizować swoje marzenia- musi się temu poddać...Nie inaczej było w historii muzyki rozrywkowej, na której karty bardzo trudno się dostać, więc nie może dziwić zaciekłość i determinacja niektórych z artystów, których marzeniem było uczestnictwo w tym barwnym szaleństwie. Jakie czynniki decydują o tym, ze artysta dostaje się do wymarzonego zespołu, nagrywa płytę dla dużej wytwórni czy osiąga sukces indywidualnie?
Po pierwsze - talent. Przykład? Stevie Vai, dzisiejszy guru gitary elektrycznej, który odniósł sukces zarówno, jako autor własnych płyt, jak i muzyk towarzyszący takim tuzom rocka jak Alcatraz, David Lee Roth czy Whitesnake. Zanim jednak stał się bohaterem sześciostrunowego instrumentu, zaciekle ćwiczył w swoim małym pokoiku na przedmieściach Los Angeles. Jak wypowiada się sam muzyk, w tym okresie jego wolny czas wypełniony był gitarowymi ćwiczeniami przerywanymi od czasu do czasu onanizowaniem się w towarzystwie króliczków „Playboya”...Cóż, czy dzięki temu rozwinął swój talent? Być może, ale przełomowym momentem w życiu tego nadpobudliwego nastolatka, było rozparcelowanie na części pierwsze utworów awangardowego mistrza Franka Zappy, zapisanie tego w nutach i wysłanie na adres autora. Wyżej wymieniony był pod takim wrażeniem talentu i ogromu wykonanej pracy, iż natychmiast zaproponował Vai’owi posadę gitarzysty. Szczęka mu jednak opadła, kiedy ujrzał przed sobą, chudziutkiego, zapryszczonego młodzika, który formalnie był jeszcze pod opieka rodziców(17 lat) a przecież miał uczestniczyć w rockendrolowej trasie, z wszystkimi jej pokusami. Zgoda rodziców została uzyskana, tak więc talent Stevea mógł się dalej rozwijać, nie koniecznie już przy pomocy samogwałtu... Po drugie – praca. 26 września 1986 roku Metallica straciła w wypadku autokarowym znakomitego gitarzystę basowego Clivea Burtona. Niespełna dwa miesiące później postanowiła kontynuować działalność i ogłosiła przesłuchania dla kandydatów na wakujące miejsce. Mieszkający kawał drogi od San Francisco, niejaki Jason Newsted z Phoenix(Arizona), basista Flotsam and Jetsam dzień i noc przygotowywał się do przesłuchania. Kiedy stanął wreszcie przed trójka muzyków Metallicy i zapytany, które kawałki może z nimi zagrać, odpowiedział śmiało:”Wybierzcie sami!”. Hetfield i spółka przyjęli jego wypowiedz jako gówniarskie przechwałki, ale już po czwartym utworze wiedzieli ze Jason jest bardzo dobrze przygotowany i ma własny styl....Oczywiście nie powiedzieli o tym chłopakowi, więc ten wrócił nieco strapiony do swej nieco sennej metropolii w środku pustyni. Kiedy Lars Urlich zadzwonił, prosząc o kolejne przybycie, Jason wahał się, przez ten czas zdążył już zwątpić...kiedy jednak po zagraniu kilku następnych utworów, chłopaki z Metallicy otworzyli kilka butelek Smirnoffa, Jason wiedział, że praca nie poszła na marne... .Po trzecie – zasady. Niejaki Ron Carter, czarnoskóry kontrabasista, dziś pożądana persona światowego jazzu, zaczynał w małych klubach Nowego Jorku, kiedy to niespodziewanie dostał propozycje przyłączenia się do topowego bandu sławnego i nieco kontrowersyjnego trębacza Milesa Davisa. Pan Davis miał również dosyć kontrowersyjne poczucie humoru, o którym nie wiedział nieco stremowany kandydat. Po skończonej próbie, Miles odciągnął speszonego muzyka i z pełną powagą oświadczył, że umiejętności muzyczne to nie wszystko i kandydat będzie musiał poddać się jeszcze jednemu sprawdzianowi....Oczy Cartera zrobiły się szerokie niczym wodospad Niagara, kiedy usłyszał,iż tradycją jest, że każdy nowicjusz daje „dupy”(dosłownie) wszystkim muzykom z zespołu. Młody kontrabasista widząc grobową minę sławnego trębacza,nie wskazującą ochoty na żarty, poprosił go o chwilę zastanowienia!! Po chwili wrócił i z pełna powagą i szacunkiem dla lidera, odmówił udziału w przedsięwzięciu. Dopiero wtedy Miles i jego jazzmani-żartownisie, wybuchnęli gromkim śmiechem i zapewnili Rona, że przy swoim talencie i umiejętnościach nie musi „tego” robić, aby z nimi grać. Patrząc na tę \historyjkę dochodzę do wniosku, ze paru dzisiejszych gwiazdorów mogłoby nauczyć się od Rona Cartera, nie tylko rzemiosła, ale przede wszystkim zasad moralnych... Po czwarte upór....Młody chłopak, zapalony heavy metalowy perkusista, notabene syn sławnego saksofonisty(tego od Różowej Pantery) Nick Menza, bardzo pragnie zasiąść za bębnami coraz bardziej popularnej w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, kapeli Megadeth. Z uporem maniaka proponuje jej liderowi swoje usługi – ten jednak przed nagraniem kolejnej płyty zatrudnia doświadczonego muzyka sesyjnego Chucka Behlera. Nie speszony tym obrotem sprawy Menza, zatrudnia się u Mustaine’a i kolegów jako techniczny perkusyjny i czeka na dalszy rozwój wydarzeń....Całą trasę koncertową, ten ambitny chłopak, spędził harując przy składaniu i rozkładaniu perkusji i elementów nagłośnienia. Jednocześnie podpatrywał doświadczonego kolegę i ukradkiem ćwiczył repertuar. Jak został perkusistą Megadeth? Nie, nie dosypał konkurentowi arszeniku do hamburgera. Nie podrzucił też mediom kompromitujących zdjęć ujawniających skłonności pedofilskie..o nie. On czekał na swoją chwilę. Nadeszła, kiedy to nie stroniący od narkotyków perkusista, sprzedał za działkę koki jedną z gitar lidera. Podobno wściekły rudzielec Mustaine chciał zabić swego bębniarza, ale dzięki interwencji ekipy, skończyło się tylko na wyrzuceniu Behlera z zespołu. Do końca zostało jednak kilka zakontraktowanych koncertów i ktoś musiał zasiąść za perkusją. Po co jednak daleko szukać, skoro pod ręką mamy znakomitego perkusistę, znającego na dodatek cały repertuar a entuzjazmem przewyższającego wszystkich razem wziętych muzyków zespołu.Podsumowując dodam, że Nickiem Menza, zespół Megadeth święcił największe triumfy a jego odejście z końcem lat 90-tych znacznie zubożyło styl grupy. A jak rokendrolowcy sprawdzają swoich przyszłych kolegów pod względem innych przydatności? Mówi nasz rodzimy król heavy metalowej sceny - Titus z Acid Drinkers:Jak przyjmowałem Perłę(gitarzystę) na koniec przesłuchania dałem mu do ręki wino i powiedziałem – Jedziesz!Wychylił na dwa razy, więc myślę nadaje się.... Nic dodać kochani, za to uwielbiamy rocknrolla! Jako że zawsze coś polecam, uczynię tak i teraz. Nie będzie to Niu Metallica(choć całkiem, całkiem), ale dawno już zapomniany i kojarzony z balladami dla wytapirowanych panienek amerykański zespół Extreme. Choć nazwa może sporo sugerować, chłopaki nie palą kościołów i nie znęcają się nad fiordami....Nowa płyta zatytułowana „Saudades de rock”to po prostu mieszanka energicznego hard rocka z bluesem, funkiem i innymi naleciałościami muzycznymi. Fajny wokal, nietuzinkowa gitara – gorąco polecam. Się mano.
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Rock'n'rollowa bigamia
Czymże jest granie rock’n’rolla? Dla niektórych, zwykłą przygodą, przelotnym romansem, dla innych sposobem na życie, swego rodzaju odskocznią od ponurej rzeczywistości. Dla nielicznej rzeszy szczęśliwców jest jednocześnie pasją i zawodem. Co staje się z paczką rockendrolowych kumpli, kiedy ich płyty stają się popularne, twarze rozpoznawalne a życie staje się jedną wielką trasą koncertową? Wielu ze znanych osobistości tego światka twierdzi, ze granie w kapeli, jest jak małżeństwo, a właściwie wielożeństwo. To przecież nie tylko piosenki, sprzęt, teledyski, ale przede wszystkim codzienne obcowanie ze sobą w drodze, hotelach, ciągłe przebywanie w swoim towarzystwie. Kiedyś Charlie Watts, perkusista Rolling Stones zapytany, co najbardziej irytuje go w jego wieloletniej karierze, odpowiedział, że kwestia tego, iż co najmniej 25 lat z tego czasu, spędził na cholernych lotniskach i różnego rodzaju hotelach... No tak ma facet problem pomyślą niektórzy, ale przecież nawet dla niego czas upływa z bezwzględną konsekwencją. Muzycy posiadają także swoje „dzieci”, czyli płyty, starają się mieć ich jak najwięcej, ale jak wiemy z doświadczenia, aby potomstwo zaistniało musi być między muzykami jakieś „pożycie”...Oczywiście nie chodzi mi tu o pożycie seksualne, choć jak wiemy w mieszanych składach miało ono miejsce nie raz( choćby Ike i Tina Turner). Chodzi o to, aby po latach, znów odnaleźć dawny entuzjazm, poczuć się paczką i stworzyć coś porywajacego.To trudne i dlatego stałe składy w bandach rokendrolowych to po prostu ewenementy a kłótnie, wyrzucanie muzyków a nawet bijatyki pomiędzy nimi to chleb powszedni. Na początek chciałbym przytoczyć Wam przykład mariażu wręcz idealnego. Zespół Def Leppard. Kolesie zaczynali 30 lat temu, wydając do dnia dzisiejszego kilkanaście naprawdę światowej klasy albumów a skład tej grupy pozostaje praktycznie nie zmieniony od tamtej pory. Mało tego zespół przeżył dwie traumatyczne historie, jedna związana z tragicznym wypadkiem perkusisty Ricka Allena w 1983 roku w wyniku którego utracił lewe ramię, druga z kolei to śmierć gitarzysty Steve’a Clarka po przedawkowaniu heroiny. Na to drugie wydarzenie muzycy nie mieli żadnego wpływu, ale za to, ich zachowanie wobec swego niesprawnego i załamanego kolegi perkusisty zasługuje na pełną pochwałę. Wyobraźcie sobie, iż zespół , który nagrał właśnie topowy album, ma wyruszyć w trasę, a w najbliższych planach zamierza nagrać kolejną rewelacyjna płytę, nie zwracając uwagi na presję branży(która jak się domyślacie doradzała dokooptowanie nowego muzyka) postanawia zaczekać aż kolega się wyrehabilituje i opracuje nowy styl grania z jedna ręką i wieloma mechanizmami nożnymi. Dzisiaj wydaje się to niewyobrażalne, ale udaje im się w końcu ta sztuka po 4 latach czekania, mało tego album „Hysteria” jest do dzisiaj jednym z najlepiej sprzedających się płyt rockowych wszechczasów. Niebywały moim zdaniem przykład lojalności i przyjaźni wśród muzyków, dlatego chłopcy z Birmingham mają u mnie pełen szacun, choćby nagrali najgorszego gniota w historii rocka. Dużo szacunku mam również dla chłopaków z Metallicy, zwłaszcza dla założycieli: Larsa Urlicha i Jamesa Hetfielda. Są oni moim zdaniem przykładem kompletnie różnych osobowości i charakterów, które czasem nawet ostro się ścierały,ale dodawało to ich muzyce niesamowitej energii i szczerości przekazu. Inna sprawa to fakt, że to ich charakterystyczne porozumienie nie przetrwało próby czasu i na dzień dzisiejszy tych facetów łączy tylko czysty biznes. Chłopcy jednak pokazali charakter, kiedy to na początku działalności potrafili się nawet przeprowadzić do innego miasta, żeby tylko zgodził się z nimi grać fenomenalny basista Cliff Burton. Po tragicznej śmierci Cliffa (wypadek autokarowy w 1986- znów ten okrutny los) liderzy Metallicy potraktowali jego następcę Jasona Newsteda, jak zwykłego najemnika i choć muzyk ten nagrał z nimi najpopularniejsze albumy, nigdy nie stał się jednym z paczki....Oczywiście w powyższe przykłady relacji wplątał się okrutny los, więc trudno jednoznacznie ocenić nam, jak sami zareagowalibyśmy na miejscu muzyków. Na szczęście istnieją dużo zabawniejsze przykłady wspólnego pożycia muzyków. Choćby słynny jazzman Miles Davies, który jako początkujący muzyk, terminował w zespole słynnego saksofonisty Charlie Parkera, który był jego idolem. Idolem jako muzyk,gdyż w owym czasie Parker nie stronił od alkoholu i narkotyków, nie wypłacał muzykom należnych gaży a co gorsza potrafił oddawać ich instrumenty do lombardu, kiedy był na tzw. głodzie. Miles święty nie był, ale w końcu nie wytrzymał. Podobno Parker notorycznie urządzał chłopakom podczas podróży pokaz swoich rokendrolowych fantazji. Bez żadnych krępacji wynajmował dziewczynę, która robiła mu dobrze ustami(ach ci chłopcy od dęciaków) a on z kolei zajadał się w tym czasie hamburgerem od czasu do czasu popijając sobie whisky. Czy ktoś wątpi teraz w rokendrolowość jazzu? Ja bynajmniej nie. Facet o nazwisku Jeff Young zagrał tylko na jednej płycie zespołu Megadeth. Dlaczego? Niefortunny okazał się telefon, który ten oto młody człowiek wykonał do ówczesnej dziewczyny lidera formacji Dave’a Mustaine. Chłopak chciał być miły i stwierdził z rozbrajającą szczerością, iż kiedy „pieprzy”swoją dziewczynę, wyobraża sobie, że robi to właśnie z kobietą lidera. Skoro do moich dywagacji wkradł się temat kobiet, opiszę jeszcze jedną moim zdaniem zabawna historię, która ma również podwójne dno.. W 1982 roku niejaki Nicko Mc Brain, ówczesny perkusista francuskiej grupy Trust, odebrał telefon od swojego przyjaciela po fachu Cliva Burra, który odnosił właśnie niebywałe sukcesy z Iron Maiden. Clive zaczął jednak mieć problemy z alkoholem, dostał właśnie ostrzeżenie, iż jeśli nie weźmie się w garść straci pracę...Mało tego ówczesny perkusista Ironów, dowiedział się w jakiś sposób, iż to właśnie Nicko brany jest pod uwagę jako jego następca. W tej sytuacji Nicko jako naprawdę dobry kumpel, poradził przestraszonemu bębniarzowi,żeby szybko wziął się do roboty a sam zapewnił, że posada w Iron Maiden go nie interesuje. Pewnie nie było to do końca prawdą, ale starał się być miły....Ale żona Mc Braina, kiedy dowiedziała się od niego o tej rozmowie, zrugała go za to okrutnie. Stwierdziła ze mąż niepotrzebnie doradzał kumplowi i stracił przez to szansę na zastąpienie go w sławnym bendzie. Czas pokazał, że Clive się nie poprawił, Nicko dostał posadę a żona była przeszczęśliwa. Za to kocham nasze kobietki.....W każdym bądź razie zarówno w relacjach zawodowych, osobistych jak i oczywiście rokendrolowych, życzę Wam samych sukcesów. Kończąc chciałbym gorąco polecić film Antona Corbijna „Control” opowiadający autentyczną, przejmującą historię Iana Curtisa, nieodżałowanego lidera Joy Division. Nie trzeba być fanem tej formacji, aby dać się wciągnąć w tą niesamowitą opowieść o tej niezwykłej a zarazem bardzo tragicznej postaci. Może nie jest to bardzo optymistyczna propozycja na najbliższe letnie miesiące, ale na pewno warta zobaczenia. Pozdrawiam i do następnego....
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Smyczkiem czy kostką?
Każdy szanujący się fan muzyki rockowej, bez zastanowienia wymieni nam podstawowe atrybuty dobrze brzmiącego przedstawiciela tego gatunku. Nie mam tu oczywiście na myśli butelki Jacka Danielsa, skąpo odzianych pań u boku i wyroku za pobicie dziennikarza „Faktu”. To w pewnym sensie także synonimy artysty rockowego i być może kiedyś do tego nawiąże, tymczasem chodzi mi o coś zupełnie innego….
Przesterowana gitara(podobno brzmienie takie po raz pierwszy osiągnął muzyk, którego poniosła energia i przebił gitarą membranę głośnika..), mocny bas, atomowa perkusja i agresywny wokal – to jest esencja szeroko pojętej muzyki rockowej. Oczywiście niektórzy niepokorni wykonawcy cos tam jeszcze doczepiali, ale zawsze podstawą było wymienione przeze mnie instrumentarium. Tak, więc niezależnie czy wsłuchiwaliśmy się w brzmienie Deep Purple, czy też pozbywaliśmy się kilogramów łupieżu przy dźwiękach Metallicy, podstawą naszej euforii było to cudowne „rzężenie” gitar elektrycznych. To nie przypadek, że przytoczyłem te oto, jak się wyrażę ikony rocka. Pierwsza z nich świeciła swe triumfy w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, następnie przeżyła wielki powrót w następnej dekadzie , by dotrwać w miarę stabilnej formie do obecnych czasów (Słowem muzycy tej formacji są niczym karaluchy, przetrwają wszystkich….). Metallica to z kolei nieokiełznany „zwierzak” lat osiemdziesiątych, supergwiazda kolejnej dekady a w obecnej postaci zespół kojarzący się z psychoanalitykami i prawnikami. Niezaprzeczalnie nazwy te wywarły na kilku już pokoleniach znaczące piętno. Te dwa zespoły mimo niewątpliwych zasług dla rockowego hałasu, zrobiły coś znacznie bardziej ryzykownego, niż napisanie piosenki o szatanie czy konwersacji z proboszczem o embrionach…Otóż, muzycy owi postanowili połączyć rocka z muzyką klasyczną!Z jakim efektem? Cóż, nie jest moim zamiarem recenzowanie tych swoistych konglomeratów gatunków muzycznych, więc tutaj zdaję się na Waszą znajomość owych tytułów(„Concerto for group and orchestra”; „S&M”) . Chciałbym jednak wykazać wyższość wykonania Deep Purple, nad tym co zaproponowali nam amerykańscy metalowcy. Po pierwsze Gillan i spółka przedstawili zupełnie premierowy wówczas repertuar, koncert podzielili na trzy części, gdzie w pierwszej zagrała sama orkiestra, w drugiej wykonali kilka utworów wspólnie by w finale przygrzać, jako w pełni hardrockowy band, już bez muzyków w smokingach, którzy pewnie byli już w bufecie… To moim zdaniem nieco ambitniejsze przedsięwzięcie, niż zagranie swoich największych hitów z towarzyszeniem orkiestry, która była w niektórych fragmentach wręcz żenująco zaaranżowana(z całym szacunkiem dla chłopaków z Metallicy i Michaela Kamena). Po drugie, nie ukrywajmy, że znaczenie miała też kwestia znajomości podstaw teorii muzyki, która być może na koncercie rockowym jest zbędna, ale kiedy się planuje występ w Royal Albert Hall, w dodatku z orkiestrą – trzeba posiedzieć nad partyturami! Deep Purple mieli na szczęście wszechstronnie utalentowanego i wykształconego Jona Lorda, który przedstawił gotowe już partie sir Malcolmowi Arnoldowi, któremu pozostało już tylko zmobilizować, niechętną podobno całemu przedsięwzięciu, orkiestrę londyńską(podobno jedna z pań skrzypaczek cisnęła smyczkiem w długowłosych muzyków, którzy ośmielili się zwrócić jej uwagę…). Metallica w tej kwestii skazana była wyłącznie na inwencję dyrygenta i kompozytora Michaela Kamena, który w dotychczasowym dorobku niewiele miał do czynienia z jakąkolwiek odmianą muzyki rockowej.Chłopaki mogli więc wyłącznie skoncentrować się na poprawnym odegraniu dobrze im znanego materiału, resztę dopełniały nieco odległe moim zdaniem, partie orkiestrowe. Jakkolwiek mógłbym być krytyczny, oba te przykłady warte są uwagi, ze względu na nowatorskie próby połączenia hard rocka i metalu z muzyką klasyczną. Z jednego i drugiego próbowały brać przykład inne czołowe zespoły rockowe i choć wychodziło to z różnym skutkiem, kolaż jazgotliwej gitary z anielskim brzmieniem stradivariusa stał się faktem. Czy to dobrze? Myślę ,że tak, zwłaszcza, że minęło już trochę czasu, a wspomniani muzycy wciąż wiedzą, do czego służy sterta wzmacniaczy Marschalla, stojąca za ich plecami na scenie. Eksperymenty tego rodzaju miały również miejsce wśród naszych rodzimych wykonawców (Dżem, Perfect)i choć mam sporo szacunku dla tych wykonawców, zaryzykuję stwierdzenie, że nie były to rewelacyjne przedsięwzięcia. Nie ładnie się czepiać, ale nasz biznes muzyczny nie jest jeszcze przygotowany na takie produkcje(notabene filharmoników mamy klasy światowej przecie…) Było poważnie, więc czas na poważne zakończenie…. A tak na poważnie to gorąco polecam do przesłuchania najnowsze dzieło nieśmiertelnego rockmana z Antypodów- Nicka Cave’a. Zatytułowane jest „ Dig Lazarus…Dig……” i zawiera 11 rockowych utworów, pełnych pasji i autentyczności, z jak zwykle ciekawą warstwą tekstową. Ciekawostką dla mnie, jest zmiana wizerunku tego artysty. Czyżby sumiasty czarny wąs znów wracał do łask…? Trzymajcie się ciepło, ja idę rozpisywać partytury….
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Czas czeskich fryzur.
Wybaczcie mi drodzy zacierowcy, iż dopiero teraz ośmieliłem się coś napisać, ale widocznie tak być musi. Po pierwsze, zawsze uważałem, że jak już się pisze – to trzeba mieć, o czym. A tu co? Poużywanie sobie na braciach Kaczyńskich nie ma racji bytu, rozładowywanie swoich frustracji na platynowo włosym Piotrze R. nie jest już trendy…Tak, wszystko przemija – nawet, wydawałoby się - nieśmiertelny „Psałterz Wrześniowy” poszedł w zapomnienie. Może jednak, za dekadę lub dwie, będzie sprzedawany spod lady w sklepach z muzyką alternatywną. Być może noszenie idealnie wymodelowanej blond grzywki, będzie świadectwem niemego sprzeciwu, wobec konsumpcyjnego społeczeństwa…Wszystko jest możliwe. Mody, trendy zataczają koło i wracają do nas niczym bumerang braci Young*…Pamiętam początek lat dziewiędziesiatych i narastający bum na muzykę grunge, hip hop itp. W owym czasie noszenie się w stylu lat 80-tych (czeski fryz, obcisłe spodnie, białe adidaski, naszywka Bon Jovi…) było nie tylko obciachem, ale groziło również utratą zdrowia i honoru. Tak więc młody człowiek, który dostatecznie szybko wskoczył w podkute martensy, flanelową, kraciastą koszulę czy też bluzę z kapturem - miał szansę kontynuować edukację, a nawet umawiać się z dziewczynami…Na szczęście dzisiaj nie muszę dokonywać tak radykalnych zwrotów w swoim życiu i mogę obserwować zachodzące zmiany z dużo większego dystansu. Nie trzeba być Gabaną ani Pradą, ani też Lepperem, żeby zauważyć, iż wszystkie wymienione przeze mnie atrybuty idealnego image z lat 80-tych, są na topie dzisiaj. Mało tego. Muzyka z tego okresu, znów święci triumfy – stając się jednocześnie inspiracją dla setek nowych wykonawców…Przytoczę dwie nazwy: Michael Jackson i Prince. W latach 80tych bezsprzeczni królowie list przebojów, rankingów popularności oraz kreatorzy nowych trendów. W następnej dekadzie po spadku popularności(czy można było osiągnąć więcej?) Jackson zaczął się dosłownie sypać, Prince z kolei miał problemy z własną tożsamością i zaczął się nominować Symbolem i Artystą. Dziś znów się ich słucha (ja osobiście bardzo się z tego cieszę), a tacy kolesie jak Justin Timberlake, czerpią garściami z osiągnięć tych dwóch panów. I niech czerpią! Jeśli już mamy być zalewani muzyką pop, to chociaż dobrze zrobioną, nieopierającą się jedynie na damskich tyłkach…Myślicie, że muzycy z Zachodu czerpią tylko z Beatlesów i Jacksona? Myślałem, że spadnę z krzesła, gdy usłyszałem kawałek, znakomitych zresztą Chemical Brothers, z wykorzystanym popisem instrumentalnym naszego Czesia Niemena( z kawałka „Pielgrzym” 1974rok). Czyli można…. Wybaczcie mi, że się tym razem tak o popie rozpisałem, następnym razem będzie bardziej alternatywnie, jak na Zacier przystało. Tradycyjnie na koniec coś o nowościach, a jest, o czym, gdyż w lutym czeka nas premiera niesamowitego według mnie wydawnictwa. Dopiero po 20 latach ukazuje się na dvd najlepszy heavy metalowy koncert wszechczasów, czyli „Live After Death” Iron Maiden! Jedyna niepowtarzalna okazja, aby znów zobaczyć wspaniałą grzywkę Dickinsona, chłopaków z rozwichrzonymi czuprynami a przede wszystkim, zespół w najwyższej formie wykonawczej. Dla wybrednych specjalne dodatki, co istotne dla Nas- film dokumentalny z ówczesnej trasy po naszej socjalistycznej wtedy ojczyźnie. Zaprawdę powiadam pycha! Gorąco polecam i do następnego spotkania gdzieś na łamach tej poczytnej strony.
*Myślę tu o Angusie i Malcolmie Young z AC/DC – rodowitych Australijczykach
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Złota ściema.
Chciałbym kiedyś zacząć mój felietonik od naprawdę radosnej, podnoszącej na duchu, w pełni optymistycznej informacji. Niestety, kiedy uważniej przyglądam się kondycji naszej kultury narodowej a mam tu na myśli, głównie film i wydawnictwa muzyczne - pomysł ów odkładam na później. Ktoś powie- łatwiej jest narzekać! Tak, zgadza się! Tym bardziej że mieszkamy w tak przeuroczym kraju - Mordy Wy Moje!
Przepraszam też z góry ,że posłużyłem się sloganem wyborczym pewnej partii, ale powiedzcie sami - czyż to nie urocze...?. O filmie na łamach Zacieru nie będę się wypowiadał – zresztą nie ma o czym.... Rodzima fonografia zalewa nas za to tabunem nowych wydawnictw starych i nowych gwiazd...Festiwale i programy muzyczne w telewizji bezczelnie lansują swoich podopiecznych i pupilków, absolutnie nie zwracając uwagi na to, co dzieje się poza tym hermetycznym światkiem. Bo jak wytłumaczyć sobie fakt ,iż na każdym Opolu złote płyty otrzymują Marylka Rodowicz i Beatka Kozidrak. To nie tak, że nie mam dla tych pań szacunku, ale kto kupuje ich ostatnie płyty? No tak , jeśli są to złote przeboje, to ja się zgadzam.... Powiem Wam jednak jak to funkcjonuje, bo całkiem niedawno poznałem zasady tej skądinąd pomysłowej gierki. Otóż na dzień dzisiejszy aby otrzymać złotą płytę Związku Producentów trzeba sprzedać powyżej 20 tysięcy egzemplarzy( w roku 1995 było to ponad 100tys.). Tak zwany "myk" polega na tym, iż nie jest powiedziane komu je trzeba sprzedać.....Tak więc firma fonograficzna wydając np. panią Cerekwicką , w dniu premiery zawiera umowę z wielkimi sieciami sprzedaży (np.Empik) na sprzedaż powiedzmy 15 tys. egz i w tym samym dniu ogłasza ,iż ten wspaniały album osiągnął status złotej płyty! Do słuchacza jeszcze daleka droga, ale taki manewr może znakomicie nakręcić koniunkturę i zdeklasować nieporadną konkurencję...Podobnie jest z debiutantami. Jakis mądry dziennikarz, napisał kiedyś o tym że jedynymi debiutantami dopuszczanymi do wielkich festiwali i telewizji są wykonawcy prezentujący bardzo przeciętny styl. Dlaczego? Aby wypadali gorzej od tzw. "starej gwardii "pokroju Kombiiii, Bajm i Rodowicz... Prawdziwych, autentycznie utalentowanych i pełnych pasji ludzi na tamtejszych arenach nie spotkacie. No ale nie ma tego złego....bo np. z takiego Feel się uśmiałem (to mają być młodzi gniewni?!) Jak zwykle zakończyć chcę optymistycznym akcentem, czyli polecić gorąco coś na chłodne jesienne wieczory. Przyznam że ta propozycja zaskoczyła mnie samego, tym samym polecam ją jeszcze goręcej... Jest to najnowszy koncert Brucea Springstena "live in Dublin" i trzeba tu powiedzieć ,że zwala z nóg nie tylko wiernych fanów tego wykonawcy. Jest to niesamowite połączenie rockowej ekspresji, folkowej skoczności i niesamowitego nastroju - wzbogacone dodatkowym instrumentarium, jakiego do tej pory ten koleżka nie używał. Polecam, trzymajcie się ciepło i miejcie jak najczęstszy kontakt z zacierem....
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Polska cena czyli shit!
W dobie szalejącej niczym huragan, lustracji IV Rzeczypospolitej, niesprawiedliwością byłoby, nie przyjrzenie się ludziom odpowiedzialnym, za to - czego się słucha i co wydaje w tym pięknym kraju. Mowa tu oczywiście o największych przedstawicielach rodzimej fonografii, bowiem to oni w oczywisty sposób kreują rynek medialny, choćby przez to, iż mają potężne zaplecze finansowe oraz swych protegowanych w elitach politycznych. Moim zamiarem nie jest w tym miejscu przytaczanie nazw, analizowanie kto z kim, co i jak...Chcę natomiast zwrócić waszą uwagę na kilka aspektów działalności wielkich wydawnictw w Polsce.Przykład? Spotęgowana w ostatnich miesiącach walka z piractwem (czytaj- ściganie twórców napisów do filmu, przeszukiwanie domów i akademików) to porywanie się z motyką na słońce, ale w słusznej sprawie...Cel jest oczywisty, zniszczyć piractwo w zalążku! Tylko jakoś żaden z decydentów nie pomyślał o najprostszym rozwiązaniu! O jakim? O obniżeniu cen oryginalnych płyt! Niemożliwe? Możliwe i to bardzo, wystarczy zmniejszyć nieco, niebotyczne prowizje, jakie pobierają sami wydawcy oraz zaiks a ceny spadną o co najmniej 10 -15 złotych. Oczywiście to nie wyeliminuje problemu piractwa całkowicie, ale wierzcie mi na słowo,że w tym przypadku prawdziwe piractwo straci rację bytu. Co tymczasem proponuje nam nasz rodzimy Uniwersal? Płyty z tzw. Polską ceną. Na pierwszy rzut oka wszystko jest cacy, ale po otwarciu danego tytułu z polską ceną, emocje opadają. Po prostu wkładka wygląda jak za dawnych czasów w rosyjskich piratach! Polska cena: 29.90. Wydanie zagraniczne z pełną oprawą :59.90. Różnica w kawałku papieru a taka dysproporcja w cenie? Nie wiem jak Wy, ale ja tego nie łapię. Łapię za to dlaczego płyty z metalem, rockiem progresywnym, jazzem i innymi "niepopularnymi" w tym kraju gatunkami muzyki są dosyć drogie. Bo tylko tacy frajerzy jak my, autentycznie oddani ukochanej muzyce, zawsze oddamy ostatni grosz na upragniony tytuł ( i w dupie mamy Ich Polskie Ceny!) Tak jest.... Ale nie mnie to oceniać, wysyłam w tej sprawie petycję do pana Kurtyki* , niech uruchamia krwawa maszynerię blizniaczej inkwizycji a Wy cierpliwie czekajcie na rezultaty...Po tym jakże nudnym wywodzie, chcę Wam na te nudne jesienne wieczory polecić nader smakowitą propozycję. Jest to tym razem książka pana Jarosława Szubrychta (to ten herbatnik co skrzeczał nam w zacnym Lux Occulta – dop. Jacek) pt. Slayer - bez litości. Zaprawdę powiadam Wam, że autor( znany z celnych artykułów w metalowych periodykach) przeszedł sam siebie i stworzył naprawdę niesamowitą opowiesc o niesamowitym zespole, jakim niewątpliwie jest Slayer. Nic dodać, nic ująć- trzeba przeczytać! Ja pozdrawiam, zachwycając się jednoczesnie niesamowitą wkładką oryginalnej płyty - w polskiej cenie! Baj..baj....
Specjalnie dla Zacieru
Arni
* Janusz Kurtyka - historyk Średniowiecza, obecnie szef IPN, bezlitosna ręka lustracyjnej inkwizycji.
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Disco-polo jest alternatywą!
Od pewnego czasu pomieszkuje sobie w mieście znanym jako Wrocław, chodź nasi zachodni sąsiedzi nominują go nazwa Breslau. Moim zamiarem jednak, nie jest ustalenie, kto w tym geopolitycznym sporze ma racje...Chciałbym nawiązać do tego naprawdę uroczego miejsca, z racji wydarzeń muzycznych, które miały tam miejsce...
Otóż niewątpliwą ciekawostką były dla mnie tegoroczne wrocławskie Juwenalia. Dlaczego? Wszyscy wiemy jak to wygląda z autopsji, na wszystkich imprezach, we wszystkich ośrodkach akademickich, grają ci sami wykonawcy, nazw nie będę przytaczał - są oczywiste. Czy to źle? Nie mnie to oceniać, chodź myślę, iż niektórzy wykonawcy poprzez tego typu imprezy, zwyczajnie bronią się przed wcześniejszą emeryturą...No dobrze, ale co w tym wypadku robią organizatorzy juwenaliów na Dolnym Śląsku? Ano, jak mawiała moja babcia, na kulminacyjny dzień studenckiego święta zaprosili szereg podupadłych, ale wciąż jurnych - gwiazd disco-polo! Kogo to nie było! Shaza, Boys, Top One, Bayer Full....tak, tak!!! Impreza taka, powinna (zdaniem wyższych sfer polskiej branży muzycznej)zakończyć się totalnym niepowodzeniem, klapą finansową, upadkiem rządu....Tymczasem było wręcz odwrotnie! "Starzy fani" wyszli ze swoich katakumb, wysoko unosząc dumne czoło,a młodzież studencka, przebrana w kolorowe kreszowe ciuchy, zgrabnie wywijała przy prostych rytmach tandetnych instrumentów elektronicznych. I ja właściwie nie mam nic przeciwko temu (choć bywałem zaciętym wrogiem disco-polo), bowiem jest to konsekwencją totalnego upadku, nie tylko tzw. przemysłu muzycznego w naszym kraju, ale również braku określonej tożsamości młodych ludzi, którzy niedługo mają być kwiatem tego narodu...To właśnie nuda jaką wieje z polskiej estrady, brak ciekawych wydawnictw muzycznych, powoduje iż młodzi ludzie,albo łykają to co podane, albo szukają czegoś innego, wyróżniającego się z ogółu....W tym przypadku popieram studentów z Wrocławia, bo było śmiesznie, z przytupem - i co najważniejsze nie grali: Wydra, Rubik i Kombii. Tak na marginesie, myślę że za niedługo, będzie można zobaczyć więcej tego typu imprez. Zauważyłem tez, iz nasza kochana telewizja publiczna coraz częściej flirtuje z majteczkami w kropeczki....Tak sie rozczuliłem z tym disco-polo, ze zapomniałem tradycyjnie dowalić Rubikowi. Ale tym razem mu się upiekło! Skoro już nawiązałem do piekła, to muszę się pochwalić, że na Slayera się wybieram! To legendarna formacja, której nie trzeba przypominać ani fanom heavy metalu ani wiernym słuchaczom Radia Maryja. Ci pierwsi ich kochają, ci drudzy ekskomunikują, a pewnym jest ze nikt nie przejdzie obok nich obojętnie. Myślę też iż koncert sie odbędzie, ponieważ - nie stwierdzono, aby w dotychczasowej karierze, któryś z muzyków Slayera nosił czerwoną damską torebkę. Liczę również na miazgę ze strony szwajcarskiego Celtic Frost, no i rodzimego Behemoth. Polecam na koniec nowe płyty Megadeth i staruszka Ozziego, bez rewolucji, ale dzieje się dużo. Tyle prywaty, do zobaczenia w rodzimych stronach, najlepiej przy piwie i dobrej muzyce!
Specjalnie dla Zacieru
Arni
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades": Już nie lubię policjantów!
Jest na świecie kilka rodzajów powrotów. Nasz narodowy wieszcz (z Litwy...) podarował społeczności epoki romantyzmu - Powrót Taty. Z kolei nasz ulubiony prezydent Aleksander , wraz z jeszcze bardziej ulubioną małżonką ,ogłosił wszem i wobec, powrót do wielkiej polityki...A cóż nam pozostaje szarym obywatelom IV Rzeczypospolitej? Egzystować , czekając na Euro 2012?! Nie!!! My mamy powroty na scenę gwiazd rocka!!
Nie mówię tu oczywiście o Krzysiu Krawczyku czy Jurku Połomskim - oni przetrwają niczym karaluchy- a wiadomym jest, iż od początków dziejów naszej planety tylko one przetrwały ( nie będe tu oczywiście podważał autorytetu senatora Niesiołowskiego*).Kilka miesięcy temu, ogłoszono buńczucznie, wielki powrót na areny świata zespołu - The Police. Oczywiście, nie pierwszy to Come Back, ani z pewnością ostatni - ale skłonił mnie on, do podzielenia się z Wami moimi odczuciami na ten temat. Po pierwsze, w tym przypadku czuję zapach świeżuteńkich, zieloniutkich banknocików, zamkniętych w gustownych walieczkach od Louie Vittone- ktore to panowie Sting, Summers i Copeland z dziką roskoszą postanowili do siebie przygarnąć....Czy muzycy, których drogi rozeszły się na początku lat osiemdziesiątych, w atmosferze niezbyt przypominajacej imieninowej biesiady u wujka Henia, mogli - ot tak zadzwonić do siebie i zaproponować sobie wspólne granie? No dobra, kasa wszystkich przekona - ale musi być coś jeszcze...Myślę, że do takich decyzji popycha artystów, taki szczególny rodzaj pychy,charakterystyczny dla tej profesji - chęć bycia podziwianym, chołubionym wręcz czczonym przez całe życie. Zapominają przy tym, że następują nowe, żądne slawy i rozgłosu pokolenia, które swoją świeżościa i entuzjazmem biją ich na głowę...Powiecie, ze np. Sting nie potrzebuje już rozgłosu i kasy, bo z powodzeniem kontynuuje swoją solową karierę i zrobił to dla czystej przyjemności...Otóż według mnie - niezupełnie.Ostatnie dokonania tego niewątpliwie świetnego muzyka i kompozytora, nie były najwyzszych lotów, a na koncr tach coraz częściej można było usłyszeć przeboje z repetuaru The Police, co nie jest oczywiście zarzutem - jedynie dowodem na potwierdzenie moich powyzszych wywodów. Czy pieniądze i swoista pycha, spowodowała ponowne zejście się The Stooges z Iggym Popem czy Rage Against Tht Maschine ? Trudno wydedukować, choć zaletą tych ponownych mariaży jest na pewno możliwość zobaczenia na żywo ,tych nie kwestionowanych przecież legend rocka. Ja w kazdym bądz razie życzę im powodzonka, bo wątroby ala Lemmy Kilmister to Ci goście raczej nie posiadają a życie w trasie ciężkie.... Prochy,wóda i rock n roll , gdzie te czasy mości panowie.... Jak zwykle kończę powiewem optymizmu czyli cuś polecam. Tym razem jest to najnowszy album Porcupine Tree pt. Fear of Blank Planet. Kto zna pana Wilsona (np. Blackfield) ten rad bedzie, kto nie zna radzę się uważnie wsłuchać. Muzyka ma swój ciężar, stonowany tajmniczą atmosferą i ładnymi , charakterystycznymi melodiami.Nie przestraszcie się tylko długością kawałków, to na pewnonie jest Pink Floyd! Myślę że chłopaki na tym wlaśnie albumie doskonale połaczyli nowoczesne granie z duchem rocka progresywnego lat siedemdziesiątych. Wybaczcie mi, że to ostatnie zdanie zabrzmiało jak recenzja z Oservatore Romanum ale tak to czuję.....Pozdrawiam zacierowiczów. Jeszcze powrócę....
Specjalnie dla Zacieru
Arni
* Dla niewtajemniczonych wyjaśnienie, iż senator Stefan Niesiołowski jest z zawodu profesorem entymologii - czyli od wszelakiego robactwa...
Z cyklu "Rozmyślania przy Ace of Spades" : Rubik vs. Stravinsky.
W dzisiejszych czasach ze wszystkich stron świata, atakują mnie dobrodziejstwa wolnego rynku, wolności słowa i woniejącej niczym "Teen Spirit" bezlitosnej lustracji. Cóż - jest jak jest, a jak jest każdy widzi...
Pisząc jednak o materialnych aspektach naszego żywota, mam na myśli głównie to co się dzieje w naszej kulturze i rozrywce. Nie twierdze, iż muzyka jest tylko dobrem duchowym, czymś czego nie można sprzedawać lub udostępniać. Dotarcie do słuchacza czy widza, jest jednym z głównych celów każdego artysty. Ale jest pewne ale... To co atakuje nas z telewizorów, radiodbiorników, bilboardów czy gazet nie ma nic wspólnego ze sztuką. Ktoś powie, znowu pisze jakiś niespełniony muzyk, który chce się wyżyć na Rubiku. Tak ,kurwa chce się wyżyć! Cieszę się teraz, ze nie nagrałem nigdy nawet płyty, więc nie musze odgrywać w kościołach jakichś pseudo-psalmów, machając przy tym blond- platynową grzywką! Na dodatek wszędzie wmawia się mi, że jeśli nie lubię muzyki tego kolesia, to jestem zawężony i ograniczony przez muzykę rockową, która nie pozwala mi obcować z pięknem muzyki klasycznej. Nasuwa się pytanie, czy gro z tych namiętnych fanów Rubika słyszało o Debussy czy Stravinskim, bo przecież na składance eska Imprezka takowych nie uświadczysz! I chyba dobrze, że nie promuje się w tym kraju zdolnych wykonawców, bo bardzo szybko zostaliby stłamszeni przez maszynę szołbiznesu... Ale nic to! Żebym nie wyszedł na malkontenta,na koniec tych paru zdań, muszę wam coś gorąco polecić. Jeżeli będziecie mieli czas i możliwość obejrzenia filmu "Metal - A Headbangers Journey" nie przegapcie okazji. Jest to przeszło godzinny dokument zrealizowany przez fana heavy metalu, a zarazem doktora socjologii -Deena Weinsteina. Wybornie podane, zawierające antologie i genezę samego gatunku, dodatkowo okraszone wypowiedziami znanych muzyków (Kiss, Dickinson,Venom,Lemmy...), zwykłych ludzi( np. zapytana o to, co by robiła, gdyby nagle zakazano słuchania metalu, 60-letnia kobieta stwierdziła - że powróci do szydełkowania...) Znakomite, dosyć obiektywne spojrzenie na ten gatunek muzyki( może nawet styl życia) z perspektywy nie tylko fana...No i jest tam pani Gore!! Jeśli ona Was nie przekonuje, to może chcecie zobaczyć płonące kościoły w Bergen? Tak drogie dziatki, obejrzyjcie, a to co napisałem wcześniej miejcie w dupie i kupcie w Ticketpro bilet na psałterz majowy!
Staropolskie CZE.
Specjalnie dla Zacieru
Arni |
|
|
|
|